ZSP NR 5 W INOWROCŁAWIU

Idź do spisu treści

Menu główne

Agnieszka Czaja

DZIAŁALNOŚĆ UCZNIÓW > Pasje i zainteresowania

AGNIESZKA CZAJA
z powodzeniem łączy sprzeczności.
Autorka opowiadań dla dzieci oraz kryminałów tylko dla dorosłych!

Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z twórczością literacką?
Książki otaczały mnie od zawsze. W dzieciństwie rodzice czytali mi wiele książek, a bajki nie zawsze kończyły się tak, jak chciałam. Wtedy zaczęłam wymyślać własne wersje zakończeń dla poznanych opowieści i nigdy nie brakowało mi pomysłów. Już w pierwszej klasie szkoły podstawowej pisałam opowiadania na konkursy.

Na jakie tematy najczęściej piszesz?

Podejmuję różne tematy. Jestem elastyczna i nie przywiązuję się do jednego gatunku. Jeśli jakieś zagadnienie mnie zaintryguje, wtedy po prostu zaczynam pisać bądź rozwijam wcześniej rozpoczęte prace, do których wprowadzam nowe motywy.

Skąd czerpiesz inspiracje?

Przede wszystkim obserwuję to, co mnie otacza. Zdarza się, że w pracach odzwierciedlam rzeczywistość, choć nie zawsze tak się dzieje. Wszystko zależy od tego, co aktualnie pobudza moją wyobraźnię. Czasem odpowiedzią jest realizm a innym razem totalne zmyślenie.

Co wyróżnia Twoje opowiadania?

Myślę, że są to opisy relacji przyczynowo-skutkowych. Z fascynacją przedstawiam, jak niepozorna rzecz może zmienić psychikę człowieka lub odmienić bieg wydarzeń. Staram się tak ukazywać bohaterów, aby czytelnik mógł poczuć z nimi więź - bez względu na czas czy miejsce akcji. Aktualnie uczę się wprowadzać do moich opowiadań ironię i sarkazm. Nie jest to łatwa sztuka…

Jak przez lata zmieniały się Twoje zainteresowania literackie?

Samodzielną przygodę z literaturą rozpoczęłam od takich książek, jak np.: „Król Maciuś Pierwszy”, „Dzieci z Bullerbyn”. Następnie oczarował mnie Harry Potter, a książki o jego przygodach wypożyczałam wielokrotnie w szkolnej bibliotece. Później przyszedł czas na pierwsze wyjście poza bibliotekę szkolną. Podekscytowana wędrowałam między regałami z książkami, by w końcu znaleźć się przy biurku pani bibliotekarki z romansem, fantastyką, kryminałem i obyczajówką. Tak jest do dzisiaj.

Kto jest pierwszym czytelnikiem Twoich opowiadań?

Przed wysłaniem prac na konkurs raczej nie pokazuję ich nikomu z biskich. Jeśli mam wątpliwości, wtedy czytam opowiadanie na głos przed bratem i mamą – to moi pierwsi krytycy. Ich zdanie jest dla mnie bardzo ważne.

Co powiedziałabyś ludziom, którzy nie lubią czytać?

Moim zdaniem filmy, wynalazki, gry komputerowe zaczynają się od tekstu. Często ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, a czytanie to nie tylko książki. Nie można uciec od czytania, więc róbmy to umiejętnie!

Dlaczego wybrałaś naukę w „Budowlance”?

Zależało mi na zdobyciu ciekawego i dobrego zawodu. Stwierdziłam, że inowrocławska „Budowlanka” ma super propozycje kształcenia nie tylko dla chłopców, więc złożyłam dokumenty w zawodzie technik architektury krajobrazu i nie pomyliłam się, bo ten kierunek jest najbliższy moim zainteresowaniom.

Jakie są Twoje plany po ukończeniu szkoły?

Chciałabym rozpocząć studia na kierunku architektura krajobrazu, choć rozważam także inne kierunki techniczne. Mam jeszcze trochę czasu na podjęcie ostatecznej decyzji.

„LA GIOCONDA”
Gdyby podróżowanie w czasie było kiedykolwiek możliwe do zrealizowania, to jego znaczącym dowodem byłyby setki turystów z przyszłości. Stephen Hawking brak podróżujących uważa za wystarczający powód odsunięcia się od jakichkolwiek badań w tym temacie. Jednak, czy to możliwe, że współczesny fizyk nie docenia przeszłości? Z jego założenia wynika, że nie dopuszcza do siebie myśli, że podróżnicy w czasie już istnieli, a tajemnica poruszania się między latami dawno została zabrana do grobu. Ogromna liczba znanych umysłów  ścisłych jaką posiadła ludzka cywilizacja przytłacza dzisiejszych wynalazców. Artyści, biolodzy, architekci, poligloci, matematycy, inżynierzy wielu dziedzin naraz. I jeden człowiek łączący w sobie wszystkie te zawody. Człowiek renesansu, Leonardo da Vinci. Maestro wszech czasów. Setki książek zainspirowanych jego ponadczasowymi zagadkami, filmy, seriale przedstawiające Mistrza w najróżniejszy sposób utrudniając nam wyobrażenie prawdziwego Leonardo. Z różnych historycznych powodów do dziś nie znamy miejsca jego pochówku. Nawet w miejscu jego teoretycznego nagrobku widnieje napis: „Tu prawdopodobnie jest pochowany Leonardo da Vinci”, Możliwe, że Stephen Hawking nie docenił ogromu umysłu włoskiego człowieka renesansu i nie pomyślał, że w 1501 roku Maestro przekroczył wszelkie granice ludzkiego pojęcia. Oto prawdziwa historia powstania najbardziej znanego na całym świecie dzieła włoskiego malarza, „Mona Lisy”

Leonardo wypalał właśnie kolejną fajkę pełną opium i zanurzał się w zapachu Florencji. Można rzec, że w jej fetorze spowodowanym nikłym użytkowaniem źle zaprojektowanej sieci kanalizacyjnej. Florencja pod każdym kątem jest pełna przesytu. Od zbyt dużej ilości koronek w bieliźnie ulicznic i kochanek, po zapchane pijakami kantyny oraz chmury perfum otaczające zamożne kobiety, czy biedne wielodzietne rodziny żebrzące o kawałek chleba. Leonardo myślał. Palił opium, by wyciszyć myśli. Wciągnięcie do płuc dymu łączyło się dla niego z ogromną ulgą i oczyszczeniem. Schował fajkę i powolnym krokiem ruszył w stronę pracowni. Pierwszy raz od kilku godzin zauważał rzeczy które zawsze mu uciekały w ferworze myśli. Dla czystej radości wystraszył gołębie siedzące na parapecie. Z flegmatycznie rozlewającą się po ciele euforią osunął się na schodek przy drzwiach. Obserwował. Nigdy mu się to nie znudzi. Ta gracja, ta prędkość i niczym ograniczona wolność, dowolne zarządzanie swoim czasem. Zdawało mu się, że siedział na schodku całą wieczność, w czasie gdy trwało to tylko kilka sekund. Kiedy wstawał czuł, że świat przyśpieszył. Zapamiętał tylko dotyk zimnej klamki na dłoni, powiew z otwartego okna i skrzypiący pod jego ciężarem stołek. Pamięta, że wziął do ręki rysik i kartkę taniego papieru. Później... Później wszystko znikło. Poczuł smród spalenizny i zobaczył ciemność.

Obudził go chłodny powiew wiatru na policzku. Otworzył oczy. Zobaczył niebo muskane promieniami wschodzącego słońca. Czuł ciężar na żołądku, taki jak zawsze kiedy palił bez porządnego obiadu. Odwrócił się na bok. Odczuł noc spędzoną na twardym podłożu, było cicho i chłodno, niezbyt przyjemnie. Koszula była mokra i na pewno brudna. Wstał. A to, co zobaczył przeraziło go. Otaczały go nieznane budynki. Jedno drzewo pod którym leżał, a na około ziemia wyściełana kamiennym brukiem. Miał zawroty głowy, a dziwne światło otaczających plac na którym się znajdował, potęgowało je. Poczuł, że musi usiąść. Na miękkich kolanach przesuwał się do murku obok czarnego pomnika, nie zachowującego żadnych proporcji. Przedstawione na nim postaci były kanciaste i surowe, tak jak cała okolica. Budynki zdawały się imitować florencką modę, jednak wyglądały inaczej i starzej. Czuł się źle, jakby miał za chwilę zwymiotować. Sądząc po wysokości jakiej znajdowało się słońce, to spędził na niskim murku pół godziny. Możliwe, że było około czwartej nad ranem, jednak nie był pewien. Spróbował wstać, jednak nogi odmówiły mu posłuszeństwa zupełnie i upadł. Leżał tak kilka sekund głośno oddychając. Nagle, z uliczki po prawej stronie wyjechała na dwukołowej maszynie napędzanej siłą dolnych kończyn, skąpo ubrana kobieta. Jej suknia sięgała kolan, a włosy miała rozpuszczone. Piękna, idealne geometrycznie twarz. Przestraszyła się zauważając go. Zawahała się przed zatrzymaniem maszyny. Podniósł rękę w geście prośby o pomoc i wyszeptał po włosku kilka słów, licząc, że piękność okaże się litościwa. Kobieta podeszła do niego, położyła rękę na czole. Poczuła, że nieznajomy jest rozpalony gorączką i zdezorientowany. Rozbiegane oczy zdawały się szukać kogoś lub czegoś. Odezwała się. Leonardo usłyszał najpiękniejszy głos na świecie.

- Il mio angelo... - wyszeptał, unosząc rękę w stronę jej uśmiechu, jego nowego sensu życia. Dziewczyna rzuciła się w stronę dziwnego, ozdobnego worka, który zostawiła obok dwukołówki. Wyjęła prostokątne, płaskie pudełko, które oświetliło ją niebieskim blaskiem. Zaczęła do tego coś bardzo szybko mówić w nieznanym da Vinci języku. Co chwila zerkała zaniepokojona, a on nie mógł oderwać wzroku. Z worka wypadł drugi, mniejszy i czerwony. Sięgnął, by go podnieść, a dziewczyna krzyknęła. Spróbował się podnieść, jednak to wystraszyło młodą kobietę jeszcze bardziej. Zręcznie zabrała większy worek i wsiadła na dwukołówkę. Zdawała się wahać, czy nie zabrać Włochowi mniejszej saszetki, jednak przerażenie wygrało. Odjechała zostawiając woreczek w rękach obcego mężczyzny. Leonardo otworzył go i jego artystyczna dusza poległa w zachwycie. W środku zobaczył najmniejszy portret jaki kiedykolwiek w życiu widział. Piękna, wyrazista miniaturka spotkanej kobiety, zastygłej w tajemniczym pół uśmiechu. Wyciągnął obrazek, a resztę odrzucił na bruk. Przeszedł kilka kroków i ponownie upadł. Nie rozumiał co się dzieje, gdzie jest i jaki był dzień. Znał godzinę, dzięki ułożeniu słońca. Chociaż zdawało mu się, ze czas stanął o czwartej zero zero. Nie wiedział co robić. Przetarł twarz i tak już brudną koszulą, a z kaftana wyleciało coś ciężkiego. Fajka. W kieszeni miał jeszcze trochę opium. Niczym wygłodniały narkoman nabił resztę narkotyku. Zaciągnął się patrząc na majestatyczny, czarny pomnik. Nie podobał mu się. Czuł jego siłę i ciężką aurę, którą roztaczał. Leonardo był przede wszystkim bezsilny. Nie wiedział, nie myślał, stał się nikim. Zamknął oczy na bydgoskim rynku. Na około powiewały biało-czerwone flagi. Wszędzie rozkwitała wiosna, tak jak to zawsze w Polsce, drugiego maja.

Obudził się. Znów nie wiedział co się z nim stało. Nie interesował go nic, oprócz kurczowo ściskanego portretu. Otumaniony wbiegł na strych swojej pracowni, chwytając się wspomnień, a może snu na jawie. Otwierał jak szalony farby i ustawiał sztalugi. Przez długie miesiące skupował kolejne płótna, próbując oddać specyfikę miniaturki. Nie mógł jej uchwycić. Obraz był niedoskonały. Odbiegał od ideału. Dziewczyna w zbyt krótkiej sukni nie pozwalała o sobie zapomnieć, jak najtańsza ulicznica, która utrzymała kilka skudów za zwykły dotyk. Zwariował. Przeniósł się w czasie. Zwariował.


Agnieszka Czaja

 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego